środa, 26 marca 2014

Mini-wakacje

Przedwczoraj wróciliśmy z mini-wakacji. Torby jeszcze nie rozpakowane, my jeszcze nie odnaleźliśmy się po podróży. A tu dzisiaj jeszcze musimy odebrać Kudłatą z hotelu. W sumie przez 11 dni przejechałam ok. 1600km. Chwilowo mam wstręt do samochodu ;-)

Planowo mieliśmy wyjechać w sobotę rano do znajomych pod Kraków. Niestety los pokrzyżował nasze plany, ale może to i lepiej bo jeszcze w piątek po pracy oprócz odstawienia Kudłatki do hotelu musiałam zrobić kurs na Poznań. Wróciłam wieczorem, padnięta. Jakbym miała się jeszcze pakować to... nie wiem czy dałabym radę :)

A tak, w sobotę na spokojnie się uszykowaliśmy, spakowaliśmy torby i wyjechaliśmy w niedzielę rano.

05.06.2011

Trasa Koło – Kraków rewelacyjna. Pustki (niedzielne przedpołudnie), tylko w niektórych miejscowościach lekki tłok w okolicach kościołów - odbywały się komunie św.

Nawigacja poprowadziła nas rewelacyjną trasą, żadnych dużych miast po drodze :) Dzieciaki prawie całą podróż przespały. W sumie przejechaliśmy trasę tylko z jednym postojem. A za oknem słońce i temperatura ok. 30st.

Dojechaliśmy na miejsce. I tu zaskoczenie – za 80zł/doba mamy do dyspozycji praktycznie całe mieszkanie, z kuchenką i łazienką. W dodatku wcale nie tak daleko od centrum miasta (ok. 3km). Trochę odsapnęliśmy i ruszyliśmy na Rynek. Kupując po drodze kartę do aparatu (nasza odmówiła współpracy tuż przed wyjazdem). Na Plantach okazało się że karta nie współpracuje :( I skutecznie nam to zepsuło humory. Na szczęście wracając kupiliśmy już dobrą kartę i dlatego z pierwszego dnia fotek tylko kilka.

Wiktor mimo kilku km przebytych na nogach miał jeszcze siłę na bieganie:




Kamienica, której fasada mnie zauroczyła:



06.06.2011

Ogród Doświadczeń. Po sprawdzeniu na zumi jak do niego dojechać udaliśmy się w trasę. Nie wiem tylko kto te odległości w zumi podawał. Bo od Ronda Grzegórzeckiego miało być 7min pieszo. Więc poszliśmy... po przejściu czterech przystanków tramwajowych się poddaliśmy i wsiedliśmy w tramwaj. Przejechaliśmy kolejne cztery... No 7 minut to chyba samochodem komuś ta trasa zajęła ale na pewno nie spacerowym krokiem z dwójką dzieci ;-)

W Ogrodzie Doświadczeń dzieciaki szczęśliwe – biegały, bawiły się urządzeniami. Co prawda niewiele z nich rozumiały ale podobało się, a o to przecież chodziło! Nam też się podobało :)



Niestety burza nas wygoniła do pobliskiego M1 na obiad.

Jak już przestało grzmieć i lać, pojechaliśmy tramwajem na Rynek Główny. Przy okazji odkryliśmy nową miłość Wiktora - MPK :) Przed przyjazdem obawialiśmy się czy Młody pozwoli się przewieźć tramwajem lub autobusem, bo on z tych bojących wrażliwców jest. A tu pełne zaskoczenie (nie pierwsze podczas wyjazdu, ale o tym później), nie dość że nie marudził w środkach komunikacji miejskiej to jeszcze się domagał dalszej jazdy :)

Na rynku kolejny deszcz i kolejna burza. Przeczekaliśmy i..... dzieci wpadły w szał radości.... tyle gołębi do ganiania!


Ptaki ze stoickim spokojem uciekały im sprzed rąk.


Po gołębiach przyszedł czas na łapanie baniek mydlanych.


Trochę spaceru po Plantach i powrót do domu. Wiktor zasnął siedząc tacie na barana. Jasiek został wobec tego eksmitowany z wózka żeby Wiktor mógł pospać. Potem oboje jechali już razem w jednym wózku, na szczęście są drobni i mieszczą się w nim równocześnie :)

(fotka słaba bo robiona telefonem)


W domu szybka kolacja i do łóżka. Dzieciaki wymęczone całodziennym szaleństwem padły raz, dwa. Poza tym na wyjeździe pierwszy raz spali razem w jednym łóżku. Początki były ciężkie, budzili się przy każdym ruchu tego drugiego. Pod koniec już spali prawie tak samo dobrze jak w swoich łóżkach.

07.06.2011

Od rana zapowiadało się chłodniej, więc postanowiliśmy podjechać jeszcze raz na Rynek i Wawel.

Na Wawelu tłumy wycieczek i remonty. Wiktor miał wybitnie marudzący dzień. Chyba za dużo wrażeń w tak krótkim czasie. Dlatego przez Rynek w zasadzie tylko przeszliśmy w drodze na Wawel. Tam troszkę się rozkręcił.


Przypadło mu do gustu drzewko na dziedzińcu,


a mamie jak zawsze podobały się rzygacze


i dzbanuszki wawelskie. (ot taki sentyment z zawodu wyuczonego ;))


Potem poszliśmy szukać smoka, o którym Wiktor tyle słyszał a jeszcze nie widział.

Po drodze dzieciaki dokładnie obmacały miniaturę Wawelu.


Tata musiał zająć się wózkiem, więc nie zszedł z nami do Smoczej Jamy. Wiktor dzielnie dreptał po krętych schodach w dół. Jasiek kurczowo trzymał się maminej szyi. Nie obyło się bez małych kryzysów ale powoli zeszliśmy na dół. Niestety aparat zostawiliśmy tacie więc zdjęć w smoczej jamie nie mamy :( No i wreszcie doszliśmy... Na powitanie smok, jak to na smoka przystało - zionął ogniem. Dzieciaki zachwycone :)

Seria fotek ze smokiem, obok smoka, pod smokiem i na koniec... trochę szczęścia – znaleźliśmy 10zł :)

Powoli poszliśmy w stronę przystanku autobusowego, po drodze odwiedzają McDonalda (na wyraźne życzenie dzieci spragnionych nie tylko wrażeń duchowo-artystyczno-architektonicznych.


Po południu pojechaliśmy odwiedzić naszych przyjaciół. Wiktor bawił się z Hanią a ja do dzisiaj słucham jak to on chce jechać do smoka i do Hani :)

W drodze powrotnej padli jak przecinaki i nie zobaczyli mojego ulubionego widoku na wzgórze Wawelskie czy klasztor na Bielanach. A aparat podróżował w bagażniku :(

08.06.2011

Szybkie śniadanko, pakowanie i do 10 musieliśmy opuścić lokal. Czas na drugą część podróży... jedziemy do dziadków do Rzeszowa.

Droga krótka, więc minęła w miarę szybko. Jasiek prawie całą drogę przespał.

Pod blokiem już czekali na nas dziadkowie stęsknieni za wnukami. To było ich pierwsze spotkanie z Jaśkiem, który swoim zwyczajem podbijał serca wszystkich dookoła.

Stały punkt programu, czyli wizyta na placu zabaw, który na nasze szczęście znajduje się tuż za blokiem Dziadków:


09-11.06.2011

Przyjechali kuzyni naszych chłopaków (męża brat z rodziną). Wiktor nie odstępował na krok Karolinki a Szymek - Jaśka. I tak się prowadzali aż do naszego wyjazdu w niedzielę. Przy czym i Karolina i Jasiek po jakimś czasie zaczynali się delikatnie opędzać od "adoratorów".

Niestety pogoda nas nie zaskoczyła i jak to zwykle bywa podczas naszych wizyt na podkarpaciu - zrobiło się zimno, wietrznie i nie chciało się z domu wychodzić. Dzieciaki szalały w domu.


A jak się trochę poprawiało na zewnątrz to szli na plac zabaw.


Babcia niestety poniosła straty materialne – Jaśkowy zbił jej miskę szklaną.


Przed snem było trochę radości z napompowanego materaca.


12.06.2011

Wszystko co dobre szybko się kończy i nadszedł dzień wyjazdu. Zapakowaliśmy się do auta i rano wyruszyliśmy w drogę powrotną. Znów z jednym tylko przystankiem i na 16tą byliśmy z powrotem w domu.

Chłopcy nie mogli się nacieszyć swoimi zabawkami i ogrodem (mieszkaniem mniej bo nocują u babci – ich pokój nadal w malowaniu).



Jeszcze co nieco o Wiktorze i jego zaskakiwaniu nas. Pozytywnym oczywiście. Od pierwszego dnia na wyjeździe zaczął wołać siku, niby nic niezwykłego w przypadku 3.5latka... a dla nas ogromny postęp. Nie jest jeszcze super, ale jest dużo lepiej. Np. wczorajszy popołudniowy wyjazd do Poznania - tylko jedna para majtek i spodenek. Suchutkie a Wiktor pięknie zawołał siku jak chciał.

Druga sprawa to bojaźliwość, baliśmy się jak zareaguje na przejazd autobusem lub tramwajem. Nowe rzeczy budzą w nim niepokój i strach. A tutaj niespodzianka nr 2, nie dość że się nie bał to jeszcze się podobało i po wyjściu z pojazdu domagał się dalszej jazdy.

Kolejna niespodzianka, mowa - zdarzało mu się ładnie i wyraźnie powiedzieć "jeście" (jeszcze), "nie cie aaa" (nie chcę spać), "Jasiu, Jasiu", "nie pać" (nie płacz). Niby niewiele ale na tyle dużo że pozwala optymistyczniej spojrzeć w przyszłość.


A już w sobotę – piknik nad jeziorem. Trzymajcie kciuki żeby pogoda dopisała!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz