Uch, koszmarne przedpołudnie już na szczęście za mną i mam nadzieję że nigdy się nie powtórzy. Babcia obiecała znajomej, że podwiezie ją do miasta jakieś 70km od nas. Zaproponowała żeby Wiktor pojechał razem z nią, raźniej by jej było. Więc po śniadaniu wyszykowałam Wiktora, babcia wyszykowała siebie i pojechali... Minął jakiś kwadrans a mnie dopadł ścisk żołądka i ogromny strach, że stanie się coś złego. Nie byłam w stanie się uspokoić, przemawiałam sobie do rozumu, że będzie dobrze, że nieraz już jeździli sobie razem na wycieczki i było ok. Nic nie pomagało, serce waliło jak oszalałe, łzy leciały ciurkiem, ręce mi się trzęsły. W końcu zadzwoniłam do mamy zapytać gdzie są... byli w połowie drogi. Poprosiłam żeby wrócili, że nie umiem zapanować nad sobą, nie wiem co się dzieje. Odpowiedziała że będzie wszystko dobrze... poszłam do naszego mieszkania i na widok męża dalej od nowa to samo... że coś się stanie, żeby zadzwonił do mamy niech wrócą itp itd. Zadzwonił. Obiecała podwieźć znajomą na dworzec autobusowy i wrócić. Jak zadzwoniła, że już wracają to trochę się uspokoiłam...przynajmniej ten kamień w żołądku ustąpił i ręce mi się przestały trząść. Łez opanować nie mogłam... dopiero jak podjechali pod dom to jak ręką odjął.
Co to było nie mam pojęcia... skąd się wzięło też... mam nadzieję że już więcej się nie powtórzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz